LIBAN

Bejrut: Czas Renesansu

Bejrut: Czas Renesansu

fot.: Maciej Landsberg

Dawna kosmopolityczna stolica Bliskiego Wschodu budzi się do życia po latach niestabilności politycznej. Chowaj się, Dubaju - Bejrut powraca 
w wielkim stylu.

Najbliższy Zachód Bliskiego Wschodu

Stoimy na środku odrestaurowanej kolonialnej Starówki Bejrutu, przy wieży zegarowej, jednej z wielu pamiątek po francuskim mandacie. Nasuwają się trudne pytania: czy zacząć dzień od lodów z awokado i wody różanej w kawiarni Al Sa'a, czy wpaść do luksusowej perfumerii Abdul Samad Al Qurashi, zajrzeć do galerii sztuki w nowoczesnej Sfeir-Semler w dzielnicy Quarantine, czy może pójść w stronę malowniczej uliczki, na której gnieżdżą się butiki Johna Galliano, Dolce & Gabbana i Marca Jacobsa. W końcu, kierując się w stronę morza, trafiamy na teren, gdzie dawniej rozpościerał się stary suk. W miejscu zniszczonego bazaru powstało ultranowoczesne centrum handlowe z beżowego piaskowca, zaprojektowane przez światowej sławy architektów Zahę Hadid i Rafaela Moneo. Na esplanadzie z widokiem na Morze Śródziemne wzniesiono scenę. Dziś wieczorem rozpocznie się seria koncertów z okazji corocznego święta muzyki. Rihanna i Timbaland są gośćmi. W oczekiwaniu na wieczorne rozrywki jedziemy z powrotem do centrum. Zatrzymujemy się w hotelu InterContinental Phoenicia, by ochłodzić się przy basenie otoczonym obowiązkowym barem, całym w bieli i purpurze. Stamtąd odbijamy w kierunku dzielnic chrześcijańskich, na plac Sassine - niegdyś punktu zbiórek bojówek wschodniego Bejrutu, obecnie miejsca spotkań zamożnych rezydentów przy kawie ze Starbucksa. W porze lunchu kierujemy się w stronę ulicy Hamra, od której nazwę wzięła cała otaczającą ją dzielnica. To najbardziej międzynarodowa część miasta w kulturowej mozaice jaką jest Bejrut. Tu się przyjeżdża, by usiąść w kawiarni City Café w Sadat Tower, podpatrywać lokalnych pisarzy i artystów oraz posłuchać, jak przy jednym stole mieszają się francuski, arabski i angielski.

NA TEMAT:

Hedonistyczne Życie

Wieczorem przebijamy się przez chaotyczny ruch uliczny (zamiłowanie do jazdy bez świateł i pod prąd to jedna z pamiątek czasów wojennych). Wpadamy w wąskie uliczki dzielnicy Gemayzeh, zarośnięte bougainvillami, aż dojeżdżamy do Centrale - cieszącej się sporą popularnością francuskiej restauracji, zaprojektowanej przez architekta Bernarda Khoury'ego. Ceny, jak w większości tego typu miejscach w Bejrucie, porażające. Jednak kosztem jednego drinka przy (nawiasem mówiąc prześlicznym) barze można zafundować sobie punkt widokowy na wieczorny Bejrut i na paradę próżności wewnątrz restauracji. Młodzi, piękni, zamożni - i obowiązkowo mówiący po francusku - zaczynają schodzić się koło 22.00. Po zmroku dzielnica Gemayzeh zatyka się trąbiącym sznurem porsche cayenne, ferrari i mercedesów wyjeżdżającym spod ulubionych hoteli weekendujących Europejczyków i saudyjskich księżniczek: nowiutkiego Four Seasons czy otwartego w zeszłym roku Le Gray. Jak zapewnia kupiony wcześniej przewodnik "Hedonistyczny Bejrut", bardziej niż luksus i markowe sklepy przyciąga młodych ludzi do Bejrutu - zwłaszcza z krajów Bliskiego Wschodu - wolność, jakiej mogą tu doświadczyć. Potwierdza to moja przyjaciółka mieszkająca na stałe w Iranie. Co roku przyjeżdża tu, by odpocząć i się wybawić. Po przylocie od razu zdejmuje chustę i pędzi na basen popływać w bikini. Wprawdzie nadal przebywa w kraju w większości muzułmańskim, jednak tutejszy liberalny styl życia byłby nie do pomyślenia w państwach Zatoki Perskiej czy np. w sąsiedniej Syrii. Zaś życie nocne Bejrutu owiane jest legendą. Z klubów nocnych imprezy przenoszą się do jachtklubów lub nad hotelowe baseny, gdzie zabawa rozkręca się już w porze śniadania. I choć sami chcielibyśmy tego doświadczyć, musimy zdać się na oczywistość: jesteśmy, o zgrozo, wciąż ubrani w stroje dzienne i nieco zmęczeni po pierwszym dniu zwiedzania. Nie mamy siły wpychać się do klubów między kordonem jaguarów. Kapitulujemy i łapiemy taksówkę z powrotem do hotelu.

Gwiazdy, Szpiedzy, Betonowe Plaże

Następnego dnia rano pijemy kawę w mieszkaniu Petera, Amerykanina, który w dzieciństwie mieszkał w Bejrucie i dwa lata temu postanowił tu wrócić. Przeglądamy jego kolekcję libańskich pism z lat 70. "Brigitte Bardot i Roger Vadim odwiedzili Paryż Bliskiego Wschodu", "Jacht Jackie Onassis w bejruckim porcie", "Recital Marii Callas", informują nagłówki. Jeden z głównych artykułów ogłasza, że Bejrut jest "rajem nudystów", a na sąsiedniej stronie Arnold Schwarzenegger reklamuje majtki na zdjęciu pozostawiającym niewiele dla wyobraźni. "Przed wojną to było niezwykle liberalne i kosmopolityczne miasto", mówi Tomasz Niegodzisz, ambasador Polski w Libanie, z którym spotykamy się nieco później na śniadaniu we francuskim bistro Chez Paul. "Na szczęście zamiłowanie do dobrego życia, głód kultury i wyrafinowanie przetrwały trudne czasy", dodaje. Po śniadaniu zwiedzamy z ambasadorem kilka kluczowych punktów na mapie Bejrutu - Place des Martyrs, sąsiadujący z nim Błękitny Meczet Al Amine, odrestaurowany kościół św. Jerzego i obecnie odnawianą synagogę. Oglądamy budynki, które znajdowały się niegdyś wzdłuż słynnej zielonej linii, dzielącej miasto na wschodnią i zachodnią część: niektóre lśniące nowością, inne wciąż w ruinie. "Zanim rozpoczęła się wojna cywilna w 1975 r., Bejrut kwitł jako centrum finansowe Bliskiego Wschodu", opowiada ambasador. "W latach 60. XX wieku powstało tu 140 banków. Ten fakt, a także spuścizna po francuskim mandacie i lokalna mieszanka etniczna sprawiały, że Bejrut był też punktem zaczepienia na Bliskim Wschodzie dla szpiegów wszelkiej narodowości. Łatwo było im się wmieszać w tłum, nie odstawali na tle miejscowej ludności". A gdzie się spotykali? Oczywiście w dzielnicy Hamra, w legendarnym hotelu szpiegów i zarazem reporterów wojennych, niedawno odremontowanym Mayflower. "Słynny Mayflower", uśmiecha się ambasador, gdy mijamy hotel. "W wielu książkach i filmach z tamtego okresu znajdziemy wzmiankę, że było to jedyne miejsce, gdzie nie wyłączono telefonów i faksów podczas walk zbrojnych".

Wyczucie Podziałów

Popołudnie jest parne i gorące. Spacerujemy nadmorską promenadą Corniche, kierując się na plażę, która mieści się w zachodniej części miasta. We wschodnim Bejrucie nie ma dużych plaż - promenadę okalają przybrzeżne skały. Mijamy najsłynniejsze wśród nich, majestatyczne Dove Rocks, jeden z najbardziej hołubionych symboli miasta. Gdy dymiący z gorąca dochodzimy wreszcie do plaży, czeka nas rozczarowanie. Z opalania nici - to jest szyicka, bardziej tradycyjna część Bejrutu. Wszystkie kobiety są zakryte od stóp do głów i rozebranie się do kostiumu byłoby źle postrzegane. Nie mniej niż 18 różnych grup narodowościowych mieszka w Libanie, są podzielone na 17 religii i dalej fragmentowane przez miriadę politycznych podziałów. Trudno więc mówić o jakichś obowiązujących regułach obyczajowych - to, co dozwolone w jednym miejscu, będzie nierozsądne gdzie indziej. Czasem różnica bywa dramatyczna po przejściu zaledwie dwóch przecznic. Dlatego idąc za radą Petera, kierujemy się z powrotem na wschód do Sporting Clubu. Jest to zamknięty obszar, z wbijającymi się w morze betonowymi tarasami, na których ustawiono leżaki i parasole. Za wstęp płaci się 24 tys. libańskich lirów (15$). Jest kilka basenów i sztuczne zatoczki, z których można bezpośrednio wejść do morza. Na miejscu działa bardzo przyzwoita restauracja, z serwisem przynoszącym zamówienia bezpośrednio do leżaków. Być może właśnie dzięki tej różnorodnej mieszance kultur Liban ma tak wspaniałą tradycję kulinarną. Zaś jedzenie - ten najprostszy, najbardziej oczywisty symbol odzyskanego dobrobytu - jest tu celebrowane i traktowane bardzo serio. Leżąc nad basenem zamawiamy smażone sardynki, pity, humus, labneh (kremowy ser na bazie jogurtu), moutabal (pastę z bakłażanów), tabuleh (sałatę z pietruszki, pomidorów i świeżej cytryny), oliwki i marynowane warzywa. Gdy kończymy tę wyliczankę, zatroskany kelner pyta: "Czy po entrée państwo będą jeszcze jeść?" Nie pamiętam, aby komuś tak zależało, z wyjątkiem mojej babci, by mnie karmić bez opamiętania, jak wszystkim napotkanym osobom w Bejrucie. To, co zamówiliśmy, stanowi w Libanie zaledwie przystawkę do głównych dań. Tutaj stoły dosłownie uginają się pod ciężarem jedzenia. Zwłaszcza plastikowe nad brzegiem basenu.

Miasto po Przejściach

W drodze powrotnej suniemy promenadą między rzędami palm, podziwiając różnorodność nadmorskich budynków. Wszędzie wyrastają napoczęte konstrukcje. Główną firmą zajmującą się odbudową jest spółka Solidere, założona przez zamordowanego w 2005 r. premiera Rafika Haririego. Głód świeżego i lśniącego nowością działa tak samo jak owo przywiązanie do wystawnego jedzenia - jeszcze jeden sposób, by wymazać z pamięci trudne czasy. Lecz między odważnymi, współczesnymi projektami a dbałością o archeologiczne zabytki, pozostaje cały przeoczony obszar: sypiące się, zarośnięte wille pamiętające czasy osmańskie, ocalałe z wojny wybitne przykłady architektury modernistycznej, np. gmach Gefinor, autorstwa Victora Gruena lub budynek kawiarni Al Dar przy promenadzie Corniche. "To są duchy dawnych mieszkańców", mówi nam taksówkarz, wskazując na puste wille dzielnicy Bourj Hammoud. Władzom miejskim trudno określić, kim są właściciele tych budynków lub przekonać istniejących spadkobierców, by zajęli się swoją nieruchomością. "Może czekają, aż ceny jeszcze wzrosną?", zastanawia się taksówkarz. Tak może być w przypadku "duchów" kilku hoteli - np. Tokyo Hotel na rogu ulicy Najib Ardati czy zniszczonego hotelu bez nazwy na ulicy Monot. Lub najsłynniejszej wśród zjaw architektonicznych - ogromnego dziurawego gmaszyska Holiday Inn, zwanego lokalnie Holiday Out, jak na ironię spoglądającego prosto w okna luksusowej Phoenicii. I ten obrazek chyba najlepiej oddaje obecny klimat Bejrutu. Historia Libanu krzyżuje się w tym miejscu, a tuż obok, tam gdzie stoją dźwigi, pisze się już kolejny rozdział.

Lot do Bejrutu trwa niemal tyle samo, co podróż pociągiem z Warszawy do Krakowa, lecz przeskok kulturowy może wzbudzać niepokój. Liban w powszechnym przekonaniu pozostaje odległym i niebezpiecznym zakątkiem świata. Przez 15 lat stolicę kraju rozdzierały walki zbrojne, dzieląc miasto na chrześcijańską wschodnią część i muzułmański zachód. Spacerując po Bejrucie, nie uniknie się wspomnienia wojny cywilnej. Ślady są widoczne wszędzie w postaci opustoszałych budynków i podziurawionych elewacji. Jednak tym, którzy przyjechali tu tłumnie w 2009 r. (miasto zaliczyło wówczas rekordową liczbę turystów), najwyraźniej to nie przeszkadza. I słusznie. Bejrut, nawet potłuczony przez wojnę, wciąż pozostaje olśniewający, a w ciągu ostatnich kilku lat już zdołał odzyskać miano nieoficjalnej stolicy rozrywki całego regionu.

Polub nas na Facebooku!

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.