Wasze wyprawy

Skansen na Uralu

Perm

fot.: wsinadal

Perm
To był jeden z tych wyjazdów, w które jedzie się nie wiadomo po co. Siedziałam w zimnym autobusie, do którego wsadził mnie mój gospodarz z Couchsurfing- Grigorij. Wbita w fotel przytulałam się do termosu z gorącą herbatą,

którego na razie wolałam nie otwierać, żeby nie ochlapywać się wrzątkiem za każdym razem, kiedy autobus podskakiwał na wertepach.

- Po co ja tam jadę? – myślałam – trzeba było zostać w Permie i zaszyć się w jakiejś cieplutkiej kawiarni. Bo do najważniejszych muzeów zajrzałam już dzień wcześniej. Z Permskiego Muzeum Sztuki do końca życia zapamiętam figurę ukrzyżowanego Jezusa o mongolskich rysach twarzy, a Muzeum Sztuki Współczesnej zainspirowało mnie do spaceru nad zamarzniętą o tej porze roku rzekę Kamę, gdzie znajduje się instalacja wykonana przez lokalnych artystów – neonowy napis głosi: szczęście nie za górami. Poza tym odwiedziłam cmentarz, na którym pochowane są trzy siostry – kobiety, które stały się protoptypami sióstr ze sztuki Antoniego Czechowa. (Dopiero na Uralu, prawie półtora tysiąca kilometra od Moskwy, przy trzydziestostopniowym mrozie, zaczęłam naprawdę rozumieć ich dramat). Podczas zimowego spaceru po Permie minęłam też Muzeum Sergieja Diagilewa, które znajduje się w domu, w którym mieszkał słynny twórca Baletów Rosyjskich w Paryżu. Ponieważ miałam wrażenie, że w samym mieście zobaczyłam już dużo, potrzebowałam planu na ostatni dzień, który zamierzałam spędzić w tej okolicy. Większość turystów za cel podróży wybiera Perm- 36 – muzeum radzieckiego łagru, ale ponieważ moja psychika żle znosi tego typu miejsca, zdecydowałam się na wycieczkę do skansenu.

Jest 30 stopni mrozu – moje myśli nie dawały mi spokoju - autobus za jakieś półtorej godziny dotelepie się do tej Khokhlovki. Będzie 11:00, a wrócić mogę albo o 11:20 (co daje mi niecałe 20 minut na zobaczenie skansenu), albo dopiero o 16:00… mam nadzieję, że jest tam przynajmniej jakaś restauracja, w której będę mogła przesiedzieć te kilka godzin. No dobra, już i tak jadę. Pojadę, zobaczę co się stanie. Jak nie będzie gdzie poczekać na autobus, to może z powrotem po prostu złapię stopa? (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nic tamtędy nie jeździ)

Jak na tak krótką trasę, autobus zatrudniał dużą liczbę pracowników: Kierowcę, Panią Konduktor Numer Jeden i Panią Konduktor Numer Dwa. Obie obwieszone rolkami biletów popalały papierosy nad głową kierowcy. Kiedy już wszyscy wysiedli, podeszłam i dopytałam czy aby na pewno powinnam jechać dalej – w ten sposób obok tabliczki informującej, że nie należy rozpraszać kierowcy podczas jazdy – ostentacyjnie stałyśmy już wszystkie trzy.

- Khokhlovka? Tak, zaraz będzie. A powrotny autobus, tak, dopiero o 16, ale niech się Pani nie martwi, jak Pani chce, to po Panią przyjadę. Tacy są Rosjanie! - zaoferował kierowca.

Chwilę potem znalazłam się przed furtką skansenu i powoli, kątem oka obserwując rozwścieczonego psa i wyryty w śniegu napis "proviereno, min niet", niepewnie zbliżałam się w kierunku kasy.

- Pani autobusem przyjechała? Niech się Pani najpierw ogrzeje – zasugerował Pan Ochroniarz. Jak poradził, tak zrobiłam. Wyciągnęłam swój termosik i zaczęłam nalewać herbatę.

- Nie tutaj, tu zimno, u nas w pokoju cieplej – i tak dostałam zaproszenie do świata Panów Ochroniarzy. Były w nim dwa wielkie łóżka, stół i piec, od którego buchało ciepło.

- My już na emeryturze, dorabiamy, odpoczywamy od żon, tutaj nikt do roboty nie goni, a w domu to ciągle trzeba coś przynieść, zanieść. Ale coś mi się wydaje, że Pani to nie po uralsku ubrana.

- No nie… nie po uralsku, po polsku.

Ochroniarz na chwilę zniknął i zaraz wrócił z parą walonek w ręku. Walonki były dla mnie! (tylko na czas zwiedzania, oczywiście, ale i tak ten gest mnie zachwycił). Zdjęłam swoje przemoczone kozaki i włożyłam suchutkie, cieplutkie walonki. Spacerowało mi się bosko. Od chatki do chatki, od kościoła do młyna, śnieg skrzypiał, słoneczko grzało, na moich włosach osadzał się szron, a ja sobie chodziłam i podziwiałam uralską wieś. Drewniane budynki z Uralu wybudowane w XVII, XVIII, XIX i XX wieku zgromadzono w tym miejscu i udostępniono zwiedzającym w 1980 roku.

Jak już skończyłam swój spacer, zapukałam do Panów Ochroniarzy i znalazłam swoje kozaki postawione pod kaloryferem - żeby mi było ciepło, jak je znowu włożę.

- A na wybrzeżu Pani była? Nie? No tak, teraz za zimno, ale latem tu jest pięknie. Nawet mam zdjęcia w telefonie, zrobiłem kilka, żeby potem namalować, bo trochę maluję - Pan Ochroniarz wyciągnął swój telefon i zaczął pokazywać mi zdjęcia nie tyle nabrzeża, co swoich obrazów, na miarę prawdziwego nieodkrytego talentu.

Panowie zaczęli radzić jak tu mnie odprawić z powrotem do miasta. Można zrobić tak, że zabiorę się z synem jednego z nich, bo akurat będzie zawoził swojego syna (wnuka ochroniarza) do przedszkola, albo mogę zabrać się z trójką niemiecko – kazachskich turystów, którzy zaraz skończą zwiedzanie i będą wracać (ich kierowca wyglądał na niezłego cwaniaka, zakładałam, że będzie chciał ze mnie zedrzeć grube miliony, ale zaryzykowałam). Tylko, że trochę im ten spacer jeszcze zajmie, więc może pójdę do restauracji po drugiej stronie ulicy i zjem jakiś obiad. Ochroniarz Malarz sam mnie tam zaprowadził i przedstawił Pani Kelnerce: - to jest moja znajoma z Polski. Zamówiłam bliny i gorącą herbatę z cytryną (mój termos zdążyłam opróżnić i znowu trzęsłam się z zimna). Jadłam i piłam nie spuszczając wzroku z samochodu Niemców za oknem. Nie mogłam przecież pozwolić, żeby odjechali beze mnie (zwłaszcza że sami pasażerowie nie mieli pojęcia, że mam z nimi jechać i że wypadałoby na mnie poczekać). Kiedy tylko pojawili się na horyzoncie, uregulowałam rachunek i wybiegłam im na spotkanie. Nie musiałam nawet wiele tłumaczyć, Kierowca zrobił to za mnie. Kończył jeszcze wyjaśniać kim jestem i co tutaj robię, a ja już bezpardonowo wpakowałam się pomiędzy starszego i młodszego Niemca (bo przecież bez sensu byłoby marznięcie na dworze, podczas gdy oni próbują się dogadać swoją niemiecko-rosysjko-kazachską mieszanką języków).

Pół godziny później wysiadłam w samym centrum miasta (Kierowca – cwaniak nie chciał ani grosza). Dzień uczciłam obiadem w lokalnej knajpce, a mojemu jedzeniu towarzyszyły dźwięki piosenki „Pust prisnitsja Tjebja Palma de Majorka”. No tak, dla nich, kiedy na dworze minus 30 stopni, taka Majorka to musi być niezła egzotyka.

 

 

Perm
Perm
Khokhlovka
Khokhlovka
zima
zima
walonki
walonki

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.