Wasze wyprawy

Ułłuauz Baszi - spotkanie 5 stopnia

Ułłuauz Baszi - spotkanie 5 stopnia

fot.: Szpydzio

Wyprawa w góry Kaukazu Centralnego, która odbyła się na przełomie lipca i sierpnia 2013. Trójka uczestników podczas trzytygodniowej działalności w dolinie Bezingi dokonała pierwszych polskich przejść trudnych dróg na pięknych kaukaskich szczytach.

Raczej nie zdarza nam się wybierać dwa razy w to samo miejsce, tym bardziej rok po roku, a jednak znalazło się takie, do którego z chęcią powracamy. Alpinlagier w dolinie Bezingi. To wyjątkowe miejsce, ze wspaniałymi ludźmi i pięknymi szczytami, gdzie można poczuć jedność z przyrodą. Tym razem ma być konkretnie. Znamy już miejscówkę, Nie boimy się wielkich gór, Przybyło doświadczenia. Pojechaliśmy w nieco poszerzonym składzie: Monika, Mateusz i ja.

 

Podróż pociągami i marszrutkami ciągnęła się prawie cztery doby. Na szczęście napoje z procentami bardzo umiliły nam jej przebieg i tak 18 lipca znaleźliśmy się u styku dwóch wielkich kaukaskich lodowców. Pierwszy dzień to sprawy organizacyjne w bazie. Plan mieliśmy napięty i czasu było mało więc od razu postanowiliśmy zacząć od konkretów. Ułłuauz drogą Riskina za 5A na rozgrzewkę i zaaklimatyzowanie się, a potem trawers Kosztana i filar Miżirgi… Z tymi pomysłami dziarsko pomaszerowaliśmy do KSP ( to rodzaj rady starszych pełniącej nadzór nad porządkiem wspinaczkowym w dolinie) i przedstawiliśmy je siedzącym tam mędrcom. Po ich wysłuchaniu omal nie pospadali z krzeseł… Oczywiście nie uzyskaliśmy ich aprobaty. Po długich pertraktacjach przystaliśmy na zmianę celu aklimatyzacyjnego na Ukju 4334 m. Wypisaliśmy „marszrutny list”. Wieczorem małe pakowanie, kilka smsów do znajomych, a rano wyjście na tzw. „Ciepły Ugol”. Nazwa ma związek z faktem, iż jest to miejsce, do którego promienie słoneczne docierają najdłużej w ciągu dnia. W nocy 21 lipca wyruszyliśmymy na drogę wiodącą południowo-zachodnią granią (Droga Freszfilda 2A). Szło się nam dużo szybciej niż się spodziewaliśmy. Wspięliśmy się na szczyt po grani, na której mijaliśmy się ze sporą grupą kursantów. Pogoda nam dopisywała, a z wierzchołka rozciągał się piękny widok na cały Kaukaz Centralny. Spędziliśmy tam ponad 40 minut, potem szybkie zejście, namiot, przerwa na herbatkę, pakowanie i wieczorny meldunek w bazie.

 

Dni restowe poległy na obijaniu się i jedzeniu. To była nasza żelazna reguła! Snu i jedzenia nigdy nie dość! Przeglądaliśmy przy tym namiętnie wszelkie dostępne materiały o kolejnej drodze jaką zamierzaliśmy przejść. Panowie z KSP uspokojeni, więc można było uderzać na Ułłuauz! Chwila zadumy, pakowanie, smsy i z zaciśniętymi gardłami ruszamy w górę. W tym czasie na Kaukazie przebywał nasz dobry znajomy Misza, którego poznaliśmy rok temu. Wraz z grupą znajomych właśnie wybierał się na Pik Puszkina. Wydawał się szczególnie zaniepokojony. Rozchodząc się życzyliśmy sobie powodzenia spoglądając na siebie tak, jakbyśmy mieli się więcej nie zobaczyć.

 

Po dojściu na biwak pod zachodnim Uralem przespaliśmy się kilka godzin pod chmurką i o godz. 00.30 wyszliśmy na trasę. Tak też zrobiliśmy. Po szybkim przejściu lodowca wbiliśmy się w śnieżno lodowy skłon północnej ściany Ułłuauz. Mateusz prowadził do skał, potem ja, taka była umowa. Podejście pod żebro wschodniej grani trwało znacznie dłużej niż się spodziewaliśmy. Miejscami było sporo śniegu, a miejscami czysty lód. Źle oceniliśmy odległość. To naprawdę kawał drogi. Prawie pięć godzin zajęło nam dojście do stanowiska, z którego prowadziłem pierwszy skalny wyciąg. Na początku bez większych trudności. Po kilku wyciągach wszedłem w długi pionowy teren. Bardzo krucho, ruszały się spore bloki skalne. Trudności szacowaliśmy na dobre M5. Założyłem stanowisko. Miały być atomowe stany, ale ten do takich nie należał… Jednak w zastanych warunkach to najsolidniejszy, jaki mogłem zbudować. Monika wymałpowała ten odcinek. Mateusz też nie miał łatwo. Ktoś rzucił hasło: „a co myślałeś? Pierwsze polskie przejście musi kosztować!”. Kolejny wyciąg startujący mocnym zadaniem z rąk bez stopni prowadził Mateusz. Zostawił mi swój plecak, żeby mieć lżej na tym wyciągu. Dalej nie było już tak trudno, ale musiałem małpować na wprost z dwoma plecakami. Myślałem, że po prostu padnę z wysiłku… Na szczęście udało się. Ostatni wyciąg tego dnia to komin wyprowadzający na śnieżną grańkę, na której po 20 godzinach wspinaczki znaleźliśmy niewielkie miejsce na nocleg. Po ponad godzinnym wydeptywaniu platformy w śniegu udało nam się postawić namiot. Był już wieczór umęczeni i nieco zaskoczeni długością drogi oraz jej trudnościami zasnęliśmy kamiennym snem.

 

Kolejnego dnia wyszyliśmy dopiero ok. godziny 10:00. Wspinanie zdecydowanie łatwiejsze, więcej śmigania po śniegu. Na grań dotarliśmy ok. godziny 15:00. Godzinę później zatrzymaliśmy się w miejscu dobrym na biwak. Postanawiamy tam zostać i następnego dnia wyjść bardzo wcześnie, aby zdobyć szczyt i zejść na tzw. biwak „3900”. No i klops… załamanie pogody… przez całą noc padał śnieg, przybyło go około 50 cm. Nad ranem nadal padało, a przez radiostację usłyszęliśmy niepokojący komunikat, że następnego dnia również będzie padać. Co gorsza kończył nam się gaz i jedzenie, przegrywaliśmy też starcie z wilgocią. Wstrzymaliśmy się z decyzją o wyjściu do godziny 10:00. Po kolejnej łączności z bazą stwierdziliśmy, że musimy się ruszyć bo inaczej możemy już z tej grani nie zejść o własnych siłach. Szybkie pakowanie i ruszyliśmy. Po przejściu dwóch żandarmów lądujemy pod kuluarem prowadzącym w kierunku grani podszczytowej. Po kilku kolejnych wyciągach i brodzeniu po pierś w śniegu, znaleźliśmy się na owej grani. Całkowicie przemoczeni i zmarznięci zakładamy biwak.  Gotowanie ciągnęło się przez ciasnotę panującą w namiocie, który nie mieścił się na półce i całą noc połową ciała wisiałem w przepaści. Kolejnego dnia pogoda nie uległa poprawie. Sporadyczna łączność z bazą zdradzała ich zatroskanie, ale nie koniecznie nami. Prowadziłem kruche i zawiłe wyciągi ku szczytowi. W pamięci utkwiło mi szczególnie ostatnie wyjście po stromych płytach pokrytych śniegiem. Za każdym krokiem prosiłem górę, aby ten śnieg się tylko utrzymał i tak doszedłem na krótką grań szczytową. Ściągnęłem Mateusza i Monikę. Stajemy na szczycie, nikłe objawy radości, fotki, filmy. W głowie tylko jedno „czym prędzej na dół!”. Zejście śnieżnym kuluarem po obfitych opadach śniegu przypominało wyścig. Wyścig ze zmęczeniem, strachem, przemrożeniem, lawinami i ogromna chęć zejścia na dół. Co chwilę przewały się przez nas niewielkie lawiny. Kiedy widzieliśmy, że sunie na nas taka to wbijaliśmy się jak tylko można było w śnieg i czekaliśmy spokojnie. Jedna już prawie mnie dopadła w swoje łapska i ciągnęła mnie w dół, ale jakimś cudem udało mi się jej oprzeć. Na koniec zejścia zgubiliśmy nieco drogę i musieliśmy założyć dwa zjazdy. Jak wspaniałe to uczucie znaleźć się na lodowcu. Jest płasko, nic na nas nie spadnie. Wieczorem zeszliśmy do biwaku „3900”. Ze względu na dużą ilość śniegu przedostanie się przez drugi lodospad lodowca Miżirgi uznaliśmy za zbyt ryzykowne i postanawiamy zanocować na „3900”. Kolejnego dnia strasznie długie i męczące zejście w pełnym słońcu po zaśnieżonym lodowcu. Śnieg tym razem padał wyjątkowo nisko… 6 – go dnia o 15:30 nareszcie w bazie.

 

Radość z tego, że się udało i że żyjemy przychodziła powoli z każdą godziną odpoczynku. Przechodząc spotykaliśmy się z dziwnymi spojrzeniami ludzi. Jak się później dowiedzieliśmy pogrzebano nas żywcem… ludzie myśleli, że utknęliśmy na dobre na grani. Wielkie było ich zdziwienie, gdy zadowolone Paliaki chodziły z piwkiem po bazie! Niestety nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Pod Pikem Puszkina od upadku z wysokości zginął przewodnik grupy znajomych Rosjan. Jednak przeczucia Miszy się sprawdziły. Niestety ekipa ta zdążyła już opuścić bazę. Dla nich przygoda się skończyła, podobnie jak dla grupy którą porwała lawina w okolicach Dżangi Kosza. Dwie osoby odniosły ciężkie rany. Dotarła do nas także informacja o problemach Polaków na Szcharze.

 

Trochę przybici tymi informacjami regenerowaliśmy siły i nieśmiało podejmowaliśmy rozmowy o dalszych działaniach. Monika została wyeliminowana na dobre z powodu problemów ze ścięgnami u jednej z rąk oraz serii opryszczek, które zajeły większą część jej ust i świadczyły o znacznym osłabieniu organizmu. Postawiła więc na kontakt z absolutem i podjęła decyzję o samotnym trekkingu po lodowcach. Mateusz i ja rozważaliśmy przejście północnego filara Miżirgi. Piękna długa droga, wyróżniająca się wyraźnie spośród wszystkich dróg doliny. Niestety, ze względu na pogodę i ilość śniegu zdecydowaliśmy się na trawers Kosztan Tau. Niby łatwiejsze i krótsze, ale po Ułłuauz nie wiedzieliśmy już czego możemy się spodziewać.

 

4.08 wyszliśmy z bazy, Monika obrała kierunek Dżangi Kosz, a my poszliśmy na „3900”. Pogoda kiepska. Dojście do biwaku zajęło nam 8,5 godziny. Chcieliśmy wyjść bardzo wcześnie, aby tego samego dnia wejść na Pik Tichonowa i zabiwakować na przełęczy. Silny wiatr opóźnił nasze wyjście do godziny 8:50. Śpieszyliśmy się co sił na lodowcu i podejściu pod skałę „niedźwiedź”, żeby odrobić stracony czas. Po ok. czterech godzinach wbiliśmy się w grań Piku Tichonowa. Towarzyszący nam wiatr nie ułatwiał sprawy. Powoli przebijaliśmy się przez zaśnieżone płyty, skalne progi, lodowe rynny i kuluarki. Znikające za horyzontem słońce oraz silny wiatr powodowały, że robiło się zimno i nieprzyjemnie. Koło tzw. „palca” miało być miejsce na nocleg. Przed nami wystawał jakiś palec. Nie udało się dojść do niego przed zmrokiem i już w ciemnościach przekonaliśmy się, że koło tego palca namiotu nie rozbijemy… Kolejne dwa wyciągi i zlądowaliśmy koło drugiego palca. Było tam niewielkie miejsce nadające się na platformę pod namiot. O godzinie 22:45 ściągnąłem do siebie Mateusza. Położyliśmy się spać około pierwszej. Masa myśli kłębiła się w głowie.

 

Wyszliśmy ok. godziny 8 rano. Nadal wiało. Prowadziłem cztery wyciągi i dotarłem na szczyt Piku Tichonowa. „Pierwsze polskie wejście!” krzyknąłem przez wiatr do Mateusza. Lecz on wymownie spojrzał na grań Kosztana. Zeszliśmy na przełęcz. Majstry sporta w 1985 roku zeszli w 15 minut a grań przeszli w 3 godziny. My nie jesteśmy majstrami sporta i nawet nie zabraliśmy opisu drogi… Pamiętamy, że opisanych było 7 żandarmów. Życie pokazało jednak inaczej. Na przełęcz zeszliśmy po 40 minutach a obchodzenie kolejnych żandarmów kosztowało nas sporo „zimnej krwi”. Było ich znacznie więcej. Późnym południem wiedzieliśmy już, że musimy szukać miejsca na biwak na grani. Znaleźliśmy je na kolejnym dużym żandarmie, w pobliżu jego szczytu. Tym razem biwak był wygodny. Stojąc tak wpięty do ostatniego stanowiska nie mogłem przestać podziwiać obrazu jaki się przede mną malował… Zachodzące słońce rzucało na wielki dywan z chmur rozmaite barwy oraz cienie, Przez tę gęstwinę przebijały się jedynie co większe szczyty Kaukazu Centralnego, mieniąc się w gasnących promieniach słońca. Wydawały się być tak blisko. Wielka przestrzeń oraz świadomość naszej skromnej obecności tutaj powodowała, że czuliśmy się jak na innej planecie. Tej nocy wiatr ucichł, a sen był spokojny.

 

Następnego dnia ruszyliśmy wcześniej. Kolejny żandarm dawał nam nadzieję na ujrzenie łatwej grani tuż za nim. Nic bardziej mylnego. Mateusz prowadził kilkaset metrów na lotnej i okazało się, że nie było dobrze. Z każdym metrem było coraz gorzej. Kiedy po kolejnych licznych „schizolskich” wyciągach i trawersach stanęliśmy na polu podszczytowym wyraźnie poczuliśmy zbliżający się cel. Już tylko wyjście na grań szczytową. Wyszliśmy z niewielkiego kociołka. Prowadził Mateusz. Podążałem jego śladami, nie rozglądając się nadmiernie, bo mocno wiało. Widziałem, że co chwilę zatrzymywał się i z napięciem spoglądał w prawo. Wielka czarna chmura kłębiła się zawzięcie nad całą zachodnią częścią pasma. Wyglądała niczym monstrualny walec, który lada moment runie na nas. Cała dalsza droga do grani szczytowej odbywała się w towarzystwie tego olbrzymiego walca. Kiedy dotarliśmy do miejsca, w którym spodziewaliśmy się zastać szczyt, okazało się, że najwyższy punkt to śnieżna grań. Po ok. 200 m trawersu stanęliśmy w miejscu, z którego można było iść już tylko w dół. Zejście północną granią Kosztan Tau kosztowało nas sporo psychicznego wysiłku. Większość drogi schodziliśmy tyłem niczym raki. Brak asekuracji i pionowe śnieżne progi pokonywane w dół wymuszały na nas ciągłe, maksymalne skupienie. Nie uchroniło nas to jednak od błędu krytycznego. Po zejściu z kolejnego pionowego uskoku, podczas małego klaru liny, urwał się pod nami nawis. Wszystko zadziało się błyskawicznie. Zarwanie gruntu pod nogami, rzut okiem na kolegę, który leciał tak samo jak ja razem z nawisem, rzut w przeciwną stronę grani, odgłosy spadającego śniegu i lodu… Po chwili dotarło do nas co dokładnie się stało. Nie było czasu na emocje bo w bazie czekało na nas piwko:) Na szczycie Kosztan Tau stanęliśmy o godzinie 18:00 przy silnym wietrze, który towarzyszył nam jeszcze podczas zejścia. Po dwóch godzinach stwierdziliśmy, że od biwaku na „Śnieżnym Kupolu” dzielą nas min. kolejne dwie godziny. Na szczęście Mateusz podczas schodzenia zauważył mały brązowy już nie śnieżny „kupol”. To on doprowadził nas do świetnej miejscówki na biwak. Radość w sercach była ogromna. Kolejny dzień to schodzenie, zjazdy, schodzenie i zjazdy. Na „3900” znaleźliśmy się około godz. 16:00, podjęliśmy decyzję o zejściu prosto do bazy. Całą drogę myślałem o Monice. Schodząc za morenę boczną lodowca, mając przed sobą pierwszą oazę spokoju w postaci polanki z jeziorkiem, uderza mnie pewne przeczucie: Monika wie, że schodzimy i wyszła nam naprzeciw. Po dojściu do jeziorka chcieliśmy trochę odpocząć i się napić. Ściągnęliśmy plecaki i słyszę znajomy głos. Ok. 50 m przed nami Monika macha do nas z namiotu! Pędzę czym prędzej ją wyściskać! Od kilku godzin nas wypatruje i już zaczęła tracić nadzieję. Pijemy gorące kakao, jemy pestki dyni. Krótka relacja i idziemy spać. Do bazy zejdziemy później…

 

Monika przez pięć dni szwędała się po lodowcach i biwakach. Wszyscy napotkani ludzie dziwili się: Jak to? Dziewczyna i sama? Na lodowcu? A tu pograniczniki niedaleko!. Na siłę też chcieli pomóc biednej małej dziewczynce z Polski. A Monika chciała tylko przestrzeni, spokoju, natury.

 

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Na wyprawie udało nam się zrobić dwa pierwsze polskie przejścia dróg spod znaku rosyjskiego 5A, w tym podczas przejścia trawersu Kosztana ( 5152 m) dokonaliśmy pierwszego polskiego wejścia na Pik Tichonowa ( 4747 m). Kiedy posiedliśmy już znakomitą aklimatyzację, czas wracać do kraju. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi znajomymi w bazie. Trzy doby powrotu do Polski naznaczone były obwitym potem i stałym towarzystwem papieru toaletowego…

 

Za wsparcie dziękujemy firmie LYO Food, której produkty umilały nam wszystkie wspinaczki.

Żaden utwór zamieszczony w serwisie nie może być powielany i rozpowszechniany lub dalej rozpowszechniany w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny) na jakimkolwiek polu eksploatacji w jakiejkolwiek formie, włącznie z umieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody TIME S.A. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części z naruszeniem prawa tzn. bez zgody TIME S.A. jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.