NA TEMAT:
Kiedy w latach 40. XX w. w ekwadorskim lesie deszczowym ginęli od włóczni pracownicy koncernu Shell, nikt nie wiedział jeszcze o istnieniu szczepu Huaorani, z którego pochodzili sprawcy tych morderstw. Przez kolejną dekadę, w przeciwieństwie do innych ludów indiańskich Amazonii, pozostali nadal nieskontaktowani z resztą świata, jak sugerują badania językowe i przekazy ustne. O ich historii wiadomo niewiele.
Krwawe Palm Beach
Do dziś nazywają siebie najdzielniejszym ludem świata. Cechami Huaorani były od zawsze: silne poczucie indywidualizmu, przejawiana przy wielu okazjach agresja i pielęgnowanie etosu potężnych wojowników. W konsekwencji na terenie zamieszkiwanym przez nich do 1958 r. co drugi mężczyzna i co trzecia kobieta padali ofiarą morderstw popełnianych w akcie zemsty. A że Huaorani wydawali wyroki na podstawie wątpliwych dowodów i pod wpływem emocji, lud Keczua nadał im przydomek „auca”, czyli dzicy. Obowiązkiem zaatakowanej grupy była zbrojna odpowiedź, a odmowa wzięcia w niej udziału wiązała się ze społecznym odrzuceniem. Zgodnie z tradycją rodziny ofiar musiały spalić i porzucić miejsce zamieszkania, a w nowym siedlisku przez rok żyć w stanie podwyższonej czujności na wypadek kolejnego ataku. Dopiero po tym czasie rytuał był wypełniony. Aktorzy zemsty krwi zamieniali się rolami – ofiary stawały się napastnikami, a konflikty trwały latami i dotykały kolejnych pokoleń. Taka historia dotyczy też Dayumy, babki Moiego, naszego przewodnika po regionie Oriente.
W 1955 r. uciekła z rodzinnej osady i po wielu perypetiach znalazła schronienie u amerykańskich misjonarzy. Uznaje się to za pierwszy kontakt Huaorani ze światem zewnętrznym. Dzięki niej misjonarze poznali podstawy huao terero – języka szczepu i mogli podjąć próby komunikacji z innymi jego członkami. Pierwszy projekt – „Auca”, bo tak nazwali go misjonarze, zakończył się jednak tragedią. Najpierw spuszczano dla Huaorani prezenty z samolotu w koszu zawieszonym na linie. W kolejnym kroku misjonarze założyli obóz niedaleko ich siedlisk, w zakolu rzeki Curaray. Znajdował się on przy plaży, na której mógł wylądować samolot. Nazwali go Palm Beach.
***
Cały tekst Kai Kraski i Mateusza Mękarskiego przeczytasz w marcowym wydaniu magazynu „Podróże”.
